Olga Tokarczuk
Dwie ontologie przestrzeni: Terytorium i Terroir
Jako że należę do pokolenia, które dobrze pamięta czasy przed Schengen, jednym z silniejszych doświadczeń pojęcia „granica” było dla mnie życie w zamknięciu. Świadomość, że nie można wyjechać z własnego kraju, sprawiała, że wszyscy żyliśmy w stanie chronicznej i dotkliwej, choć rozmytej klaustrofobii. Swój pierwszy paszport dostałam w wieku 27 lat i wyjazd do Londynu spowodował we mnie głębokie psychicznie i jakby mistyczne poczucie wyzwalającej wolności. Zawsze będę pamiętać ten stan.
Fenomen granicy – nie tylko z powodu niemożności jej przekroczenia – fascynował mnie od najwcześniejszych lat. Jakimś zrządzeniem losu bowiem mieszkałam często blisko tego frapującego wynalazku człowieka.
Granica jest zupełnie abstrakcyjną linią, wyznaczoną arbitralnie przez człowieka i, co szczególnie ciekawe: czasem zupełnie niewidoczną. Natomiast jej implikacje polityczne, ekonomiczne, kulturowe i ekologiczne są przeogromne. Zastanawiało mnie na przykład, dlaczego zwierzęta mogą swobodnie przekraczać tę linie, ludzie natomiast muszą mieć do tego pozwolenie najwyższych władz w postaci paszportów i wiz, które wytwarza, obsługuje i bada armia urzędników i strażników. Nie rozumiałam, czym różni się ten kawałek lasu od identycznego, kilka metrów dalej, poza faktem, że należą do różnych państw. Cóż to za magiczna linia, która rozdziela języki, która warunkuje i przyporządkowuje nam inne godła, pieśni, zwyczaje, a często obowiązujące religie.
To dziwne, że za sprawą czyichś decyzji musimy konfrontować się z takim stanem uwięzienia, zatrzymania w naszej drodze ku światu. Jesteśmy własnością jakiegoś terytorium, ponieważ się na nim urodziliśmy i tym samym do niego należymy. Z automatu przyznaje nam się tożsamość i odtąd musimy grać swoją rolę. Państwo, władza, która zawiaduje takim terytorium, staje się odtąd strażnikiem naszej tożsamości. Mówi, że tymi „naszymi” granicami chroni nas przed niebezpieczeństwem z zewnątrz. Ustanawia prawo, które decyduje, do jakiego terytorium należymy. Narzuca nam zwyczaje i języki.
Rodząc się na danym terytorium, zostajemy do niego niejako przypisani, stajemy się jego zasobem, jego bogactwem naturalnym, a w zamian mamy obowiązek bronić jego integralności i nienaruszalności.
Ewolucyjnie początków idei granicy należy zapewne szukać w zamierzchłych czasach, kiedy człowiek nie protestował jeszcze tak gwałtownie przeciwko tezie, że jest takim samym zwierzęciem, jak inne. Oznaczanie krzaczka na spacerze przez twojego psa niewiele różni się od wbicia amerykańskiej flagi w srebrzysty grunt powierzchni Księżyca. Obydwa gesty znaczą: byliśmy tu jako pierwsi i rościmy sobie prawo do tego miejsca.
Oznaczyć jednak to także ograniczyć.
I to właśnie granica ma za zadanie wyznaczyć wielkość terytorium. Opasać konstrukcję, która udaje naturalną, i przedstawiać ją tak, jakby istniała od zawsze, choć w rzeczywistości jest efektem negocjacji, konfliktów, aktów prawnych i przemocy. Idea terytorium zakłada, że ziemia jest tylko tłem dla ludzkiego działania, sceną, na której rozgrywają się człowiecze fobie: polityka, gospodarka, historia. Gdyż terytorium staje się bytem dopiero wówczas, kiedy ludzie aktem dzielenia i wyznaczania granic nadają mu sens i znaczenie. Ma jakieś zasoby, w ich liczbie uzbrojonego w specjalne moce człowieka, który dał sobie wmówić, że ma prawo bezwzględnie te inne zasoby użytkować, eksploatować, zagarniać to, co mu potrzebne, a nawet to, co niepotrzebne.
Tak stworzył się akt nadrzędnej tożsamości i zapanowała zgoda, że wszyscy należymy do jakiegoś terytorium.
Pojęcie Terytorium stało się dzieckiem nowoczesnego podziału świata.
A teraz spójrzmy na to inaczej. Przyjmijmy perspektywę, z której ujrzymy przestrzeń nie jako dwuwymiarowy obszar wytyczony przez granice i zasób podlegający ludzkiej władzy, lecz jako wielowymiarowy fenomen bogactwa cech, zarówno tych dostępnych ludzkim zmysłom, jak i tych niedostępnych.
Istnieje na ten rodzaj spojrzenia piękne słowo – Terroir. Pojawia się ono najczęściej, kiedy smakujemy wino albo oliwę.
Zostańmy przy winie. Znamy szczepy winorośli o określonych cechach, które jednak w relacji z konkretnym miejscem potrafią manifestować inne swoiste właściwości, niepowtarzalne i niepodrabialne. Będą one zależeć od składu chemicznego gleby, rodzaju wody, nasłonecznienia, szerokości geograficznej, od tych wszystkich czynników, które możemy zmierzyć i dokładnie opisać. Ale na Terroir wpływają jednakowoż także inne elementy, których nie potrafimy nazwać prostym językiem, ogarnąć zwyczajną miarą. Wytrawny winiarz powie, że jakość i cechy wina zależeć będą także od rzeczy mniej uchwytnych – takich, jak ludzka kultura – zwyczaje i nawyki ludzi, którzy uprawiają winorośl, czy sposoby przechowywania. A może nawet modlitwy i optymizm winiarza mają swoje znaczenie? Zapewne działają tu także siły, o których po prostu nic nie wiemy, lecz musimy się zgodzić, że istnieją. Duch miejsca? Jakiś lokalny fluid, jakieś sprawy, których nie wzięliśmy pod uwagę, a tym samym nie widzimy między nimi związków, jakieś ludzkie przyzwyczajenia albo roślinna anomalia, a może aktywność owadów. Coś nieuchwytnego, ale jak najbardziej rzeczywistego.
Przyjmijmy więc, że Terroir wytwarza wino tak samo jak winiarz, że wino jest tak samo produktem miejsca, jak i ludzkiej ręki. Mikroorganizmy współautorsko decydują o jego smaku. Klimat zaś nie jest tłem, lecz wytrawnym reżyserem, który potrafi zmienić dojrzewanie gron w dramatyczny spektakl. Należy więc uczciwie przyznać, że ludzkie i nieludzkie nigdy nie występują osobno, lecz są dwoma elementami tej samej dymensji, albo może nawet sąsiednimi puzzlami o wiele większej układanki. Nie ma tu ani tylko czystych podmiotów, ani czystych obiektów – są powiązania i relacje.
Każda rzecz na ziemi jest wytworem swojego Terroir – niepowtarzalnej i skomplikowanej cechy jakiegoś miejsca – z jego glebą, wodą, powietrzem, stosunkiem do pór roku i wędrówki słońca po niebie. Klimatu, wiatru, żywych organizmów i kultury człowieka. Przede wszystkim zaś tego, co nieuchwytne, niepojęte – historii i pamięci. Każde miejsce ma swoją jakość, podobnie jak człowiek należący do tego miejsca – jego ciało i zmysły, jego opowieści, kultura, subtelna tożsamość, której często nie da się wyrazić odpowiednim słowem.
Ludzkie ciało składa się w przeważającej mierze z wody. Z punktu widzenia Terroiru należałoby uznać, że tożsamość istoty żywej wiąże się, a wręcz zależy od przynależności do rezerwuaru wód, z których nasza fizyczność czerpie swój najbardziej znaczący składnik – a więc z dorzeczy rzek, mórz i oceanów. Znaczenie wody w pojęciu Terroir jest niepodważalne, bo to od niej zaczyna się życie i to ona wywiera ogromny wpływ na cechy Terroiru. Gdybyśmy o tym pamiętali, jakże zmieniłaby się wtedy nasza perspektywa! Wyobraźcie sobie Dniestrzan – nazywanych tak od cudownej i majestatycznej rzeki Dniestr, układu krwionośnego pewnej krainy, i mnie, która nazwałabym siebie Odrzanką – od pięknej, dzikiej rzeki, w dorzeczu której mieszkam od lat.
Myślę, że oba te pojęcia – Terytorium i Terroir – powinny być traktowane jak rodzeństwo. Oba pochodzą od tego, co pod stopami – od ziemi, terra. Tyle że Terytorium określa przestrzeń ograniczoną i odgraniczoną, pozostającą pod kontrolą, Terroir zaś mierzy się z tym wszystkim, z czego zbudowane jest nasze ciało, nasza psychika i kultura.
Powtórzmy więc: Terytorium zaczyna się od linii, jest dwuwymiarem. Terroir – jest figurą wielowymiarową, o najpewniej nieskończonej liczbie wymiarów. Jedno potrzebuje mapy, drugie – zmysłów, opowieści i – nomen omen – dociekań. Pierwsze można dokładnie zmierzyć, a drugie trzeba opowiedzieć. Choć oba słowa odnoszą się do przestrzeni, mówią o niej w dwóch całkiem różnych językach – Terytorium w języku władzy, a Terroir w języku nie zawsze uświadomionego doświadczenia.
Terroir nie zna linii prostych. Operuje pośród wszelkich krętości i zawiłości lokalnej topografii i geologii. Jest pojęciem powolnym, zależnym od czasu, ciągle się zmienia i ustala. Oznacza miejsce, które dojrzewało i stawało się we własnym rytmie, wypracowało się przez współistnienie ze skałami, mikroklimatem, wodą, bakteriami, roślinami i ludzkimi praktykami. O Terytorium można powiedzieć, że należy do kogoś czy czegoś, o Terroirze tego powiedzieć nie sposób. To byt sam w sobie, żywa, skomplikowana tkanka świata, której jesteśmy częścią. Terroir nie jest niczyją własnością, nie można go mieć. To raczej on może posiadać nas i jeżeli będziemy z nim odpowiednio długo obcować, coś z niego przeniknie do naszych ciał i umysłów.
Obydwa pojęcia inaczej też działają w czasie. Terytorium można zdobyć czy przejechać w jeden lub kilka dni. Terroir jest nieuchwytny, powstaje przez setki i tysiące lat, we własnym czasie i tempie rozwija się i zwija. Nie da się go „przejść” czy „podbić”, wymyka się takim pojęciom.
Terytorium jest abstrakcją, którą da się przenieść na papier. Terroir opiera się prostej translacji, transkrypcji i geometryzacji. Kiedy próbuje się go skopiować, staje się imitacją. Nie da się podrobić światła ani dźwięków przyrody. Terroir jest zawsze tylko lokalne i właściwie nie da się go zgeneralizować ani zunifikować. Nie da się go też opisać inaczej niż w jakiś szczególny – wybaczcie oksymoroniczność tej frazy – poetycko-specjalistyczny sposób.
Terytorium udaje obiekt. Terroir jest siecią relacji.
Terytorium lubi język prawa, porozumiewa się paragrafami, traktatami, aktami własności. Jest liczbą, powierzchnią, statystyką. Można je podzielić, sprzedać, odzyskać, stracić. W tym sensie jest zawsze potencjalnie tymczasowe, zawsze może przejść w ręce innych, nawet jeśli deklaruje własną wieczność i niezmienność. Terroir odwołuje się do naszych pięciu zmysłów i do intuicji jako zmysłu szóstego, mówi poprzez współuczestnictwo, wyraża się przez opowieści.
Nic dziwnego, że nowoczesność faworyzuje Terytorium. Potrzebuje go, by zarządzać, kontrolować, standaryzować. Państwo nie potrafi myśleć Terroirem i Terroir państwo niepokoi, ponieważ państwo za wszelką cenę chce utrzymać wyobrażoną jedność, a każde Terroir jest ze swojej definicji inne i niepowtarzalne, grozi więc decentralizacją, rozpadem, niechcianą przez władzę wolnością. Dlatego nowoczesność próbuje Terroir ujarzmić – certyfikatami, apelacjami, normami jakości. Trzeba nadać lokalnym toskańskim serom formalny certyfikat, a Terytorium musi uprawomocnić istnienie oscypka, sera z Tatr. Powstaje tu potężny paradoks – aby chronić Terroir, trzeba użyć języka Terytorium. Chroni się więc to, co żywe, za pomocą narzędzi abstrakcyjnych, ryzykując przy tym, że ochrona stanie się kolejną formą kontroli.
W tym napięciu ujawnia się polityczny wymiar obu pojęć. Podczas gdy Terytorium domaga się lojalności, Terroir domaga się uważności. Terytorium żąda, by za nie umierać, zaś Terroir prosi jedynie, by je szanować, nie eksploatować ponad miarę, nie traktować jak surowca. Można kochać Terytorium abstrakcyjnie, nie znając go. Terroir nie pozwala na taką zdystansowaną miłość – wymaga bliskości i cierpliwości, chce przywiązania. Terytorium obiecuje bezpieczeństwo, ale wymaga ograniczenia wolności. Terroir daje poczucie przynależności i nie potrzebny mu paszport.
Różnica między Terytorium a Terroirem staje się więc także różnicą polityczną. W czasie wojny, podbijając inne terytorium, bardzo często niszczy się Terroir i w ten sposób wprowadza nierównowagę, chaos. Czy ze spalonych lasów i łąk powstanie miód? Czy najeźdźcy i nowi administratorzy będą umieli pozyskać wino ze zdobytych winnic? Żeby współżyć z Terroirem trzeba pokoleń i spokoju.
Być może dlatego tęsknota do niepowtarzalnego, jedynego Terroiru wraca dziś w momentach kryzysu: ekologicznego, kulturowego, tożsamościowego. Kiedy wielkie terytoria pękają, a mapy przestają dawać poczucie sensu, ludzie szukają mniejszych, gęstszych form zakorzeniania się nie w granicach, lecz w miejscach. I może właśnie dziś, w epoce nadmiaru i pośpiechu, nie potrzebujemy większej przestrzeni, lecz głębszego miejsca.
Pozwólcie mi w tym miejscu przywołać Dolny Śląsk, miejsce, gdzie mieszkam i gdzie moi dziadkowie znaleźli się po II wojnie światowej jako oporni przesiedleńcy. Dlaczego „oporni”? Ponieważ wyboru w kwestii wysiedlenia i osiedlenia w innym miejscu dokonał za nich kto inny – wielka polityka i jej twórcy na konferencjach w Jałcie i Poczdamie, kiedy uzgodniono, że ziemie moich przodków znajdą się w granicach Związku Radzieckiego.
Tak, historia Europy Środkowej i Wschodniej przekonująco ilustruje zmaganie się tych dwóch terminów: Terytorium i Terroiru. W ramach niespotykanego w dziejach Europy polityczno-społecznego eksperymentu terytorium Polski przesunięto na zachód o kilkaset kilometrów, skutkiem czego miliony ludzi zmieniło swoje miejsca do życia i musiało opuścić swoje Terroiry.
Idea Terytorium znowu wygrała i choć samo jego przejęcie okazało się niełatwe i kosztowne pod każdym względem, w końcu ukonstytuowały się wydolne struktury państwowe, które jakoś poradziły sobie z zarządzaniem. Przejmowanie Terroiru natomiast trwa do dziś.
Zerwano bowiem fundamentalną więź człowieka z przestrzenią do życia. Nowi przybysze nie rozumieli ani klimatu, ani pracy gleby, nie radzili sobie z odmienną agrokulturą. Krajobraz był obcy, a przyroda nie przypominała tamtej, którą zostawili za sobą. To doświadczenie najbardziej straumatyzowało mieszkańców wsi, gdzie więzi i zależność od przyrody są najściślejsze. Pierwsze pokolenie przybyszy – wygnane i zagubione – nawiązało słaby i powierzchowny kontakt z nowym środowiskiem. Drugie – usiłowało wziąć sprawy w swoje ręce, lecz komunistyczna władza tego nieułatwiała. Nowe Terytoria były niepewne, mówiło się o III wojnie światowej, niechętnie inwestowano w obce tereny. Dopiero trzecie i czwarte pokolenie powoli i z coraz większym przekonaniem poczuło, że jest u siebie i – jakby poddawszy się miejscowym fluidom – z uporem i miłością zaczęło zabiegać o ustanowienie własnej relacji z zastanym Terroirem.
Porównałam kiedyś mapy naszej okolicy – te sprzed wojny i powojenne. Uderzyło mnie w nich zniknięcie wielu lokalnych nazw – tych pomniejszych: przełęczy górskich, skrzyżowań dróg, nazw małych potoków, leśnych traktów, wzniesień i dolin. Pozostały tylko oficjalne nazwy miejsc najważniejszych, przetłumaczone z niemieckiego na polski. Miejsca utraciły głos, przestały szeptać swoje historie, dzielić się swoimi tajemnicami. Architekci tego nowego politycznego porządku próbowali działać tak, jakby Terytorium było czymś stabilnym, mocniejszym i niezależnym od przyrody. Jakby można było przenosić uprawy, miasta i infrastruktury bez konsekwencji.
Terytorium umożliwia rządzenie z dystansu, z centrali, z odleglej stolicy. Można nim administrować, nie będąc na miejscu. Terroir wymusza bliską obecność, bo nie da się nim zarządzać. Każdy rok zmienia układ sił. Każda ingerencja wraca w zmienionej postaci. W świecie Terroir cała natura staje się aktorem, takim samym jak człowiek.
Terytorium – w jego ujęciu społecznym – zawsze sprzyja homogenizacji. Widać to na przykładzie Dolnego Śląska po wojnie. Wcielone do państwa nowe Terytorium ma się jak najszybciej asymilować, ujednolicić i pod każdym względem przyłączyć do ojczyzny, stając się jej nieodrodną częścią, mimo że realne związki są po prostu słabe. Różnice lokalne traktuje jako problem do rozwiązania albo jako folklor. Terytorium poddane władzy centralnej, odległej i mającej inne problemy, zaczyna działać mechanicznie, ignorując własną historię i wszelkie różnice. Terroir działa odwrotnie – wzmacnia różnicę jako wartość funkcjonalną. Różnorodność nie jest tu zagrożeniem dla porządku, lecz warunkiem trwałości. W tym sensie Terroir jest kategorią antycentralistyczną, choć nie anarchiczną, ponieważ zabiega o zachowanie własnych, lokalnych porządków.
***
Chciałabym bardzo, aby porównanie tych dwóch ontologii przestrzeni skłoniło nas do refleksji, w ramach której spróbujemy zrozumieć różnice między mieszkaniem na ziemi i mieszkaniem wśród relacji. Terytorium wprawdzie porządkuje polityczne i społeczne skomplikowanie świata, ale to Terroir uczy pokory wobec tego, co współtworzy życie ludzkie, choć samo ludzkie nie jest, organizuje nas jako niewielką raptem część całości, detronizując niejako z niewygodnej, nieprawdziwej pozycji królów stworzenia. Terytorium tej pokory nie zna i jej nas nie uczy – operując w zamian fikcją kontroli. W tym sensie Terytorium zawsze będzie kategorią władzy. Umożliwia bowiem rządzenie poprzez oddzielenie: wnętrza od zewnętrza, obywatela od cudzoziemca, swojego od obcego, centrum od peryferii. Jego podstawowym narzędziem jest granica, a podstawową obietnicą – bezpieczeństwo. Pozwala sprawować kontrolę nad populacją, zasobami, przepływami. Jest warunkiem istnienia państwa nowoczesnego i jego epistemologicznym fundamentem – polityka staje się możliwa dlatego, że świat został wcześniej „spłaszczony” do powierzchni podzielonej na obszary.
Być może dlatego dzisiejsze konflikty nie udają już, że toczą się tylko o granice państw, lecz odsłaniają swoje prawdziwe cele, którymi są warunki życia i zasoby – czyli bogactwa Terroiru. Jednocześnie dzisiejsi agresorzy zdają się naiwnie myśleć, że zagarnięcie cudzego Terytorium da im nad nim nieskończoną władze. Nie było i nie będzie to jednak nigdy takie proste. Terroir rzadko się poddaje. A jeżeli zostanie po prostu siłą ślepej przemocy zniszczony, zabiera ze sobą możliwość życia, stając się własną imitacją lub przyjmując ograniczone cechy Terytorium.
Dziś coraz bardziej idea Terytorium jawi się jako pojęcie epok minionych, które wierzyły w dystans, by nie rzec: w nieskończoną przepaść między podmiotem a przedmiotem. Terroir – jak sądzę – należy zaś do przyszłości, przekonując nas do nauki bliskości. A różnica między nimi nie jest różnicą skali, lecz sposobu bycia w świecie.
Różnica między Terytorium i Terroirem ujawnia się szczególnie wyraźnie w sposobie rozumienia odpowiedzialności. Terytorium ma tendencję do jej hierarchizowania, windowania w górę i oddawania na rzecz instytucji aparatu państwowego i tworzonego przez nie prawa. Deleguje się odpowiedzialność na zewnątrz, często ją odpersonalizowując. Tam wszystko się rozmywa i w chwili kryzysu uniemożliwia odnalezienie jednej osoby, która ponosiłaby odpowiedzialność za skutki złej decyzji. Dla Terroiru odpowiedzialność jest relacją bezpośrednią, tutaj skutki decyzji wracają szybciej i boleśniej. Jeśli gleba jałowieje, nie można się do nikogo odwołać. Jeśli woda znika, nie da się jej przywrócić regulacją.
Terroir domaga się myślenia konsekwencjami, a nie intencjami.
Polityczny potencjał Terroiru ujawnia się dziś w ruchach, które kwestionują abstrakcyjne zarządzanie przestrzenią: w sporach o wodę, ziemię, lasy, infrastrukturę energetyczną. Te ruchy odwołują się do warunków życia w konkretnych miejscach. Formalny obywatel zmienia się w mieszkańca, kogoś, kto ma wiedzę sytuacyjną, zakorzenioną w miejscu, trudną do przeniesienia. Taka wiedza i samoświadomość mieszkańca czasami staje się politycznie niewygodna.
Nie sądzę, żeby w niedalekiej przyszłości ktokolwiek chciał znieść Terytoria – pełnią one przecież funkcję stabilizacyjną i porządkującą, ale jestem pewna, że pojawi się potrzeba ich „rozwarstwienia” Terroirami, czyli wprowadzenia do ciągu decyzji politycznych tego, co dotąd uznawano za nieme: gleby, wody, klimatu, ekosystemów. To wymaga zmiany języka władzy – zmiany atrybutów języka kontroli na język współzamieszkiwania, a co za tym idzie: współodczuwania. Być może właśnie wtedy zaczniemy dodawać do swojej tożsamości terytorialnej tożsamość terroirową – staniemy się wspomnianymi wcześniej Dniestrzanami i Odrzanami. A Ziemia zacznie reagować i wchodzić do polityki nie jako podniosły symbol, romantyczna Gaja czy mityczna Matka, lecz jako realna siła. Przestanie być tłem, stanie się stroną sporu, a Terytorium w związku z tym straci swoją niewinność – okaże się kruche, zależne, niestabilne.
Terytorium porządkuje świat tak, by dało się nim zarządzać. Terroir porządkuje świat tak, by dało się w nim żyć.
***
Wychowałam się na Płaskim, Piaszczystym, Ciepłym i Suchym, studiowałam w Zranionym, Zburzonym, Płaskim i Wietrznym, większość mojego życia spędziłam na Górzystym, Wilgotnym i Rześkim.
Pamięć mojego życia w przeważającej mierze dotyczy Terroirów, które zamieszkiwałam. Wiąże się z przyrodą mojego dzieciństwa, starych drzew parku i ich cienia, gier kwietniowego słońca na kwitnących właśnie fiołkach, rozległości równiny porysowanej rowami melioracyjnymi, meandrów Odry i prawie tropikalnej flory w starych korytach rzeki. Później z przygranicznym miasteczkiem na peryferiach wszystkiego, gdzie ciemność nocy była szczególnie gęsta i nieprzenikniona. I z Warszawą, gdzie studiowałam w koszmarnych czasach konającego komunizmu, stanu wojennego, mieszkając na osiedlu zbudowanym na gruzach getta. Potem przyszły fantasmagoryczne, melancholijne Sudety, zawsze pełnej jakiejś niewyrażonej tęsknoty. Te słowa piszę we Wrocławiu, mieście-feniksie, powstałym z gruzów po II wojnie światowej, miasta, które składa się z warstw niczym francuskie ciasto.
A moja pamięć Terytorium jest tworzona zewnętrznie, przez innych ludzi, przez grona historyków i badaczy przeszłości. Nie mogę jej okiełznać z punktu widzenia jednostki. Jesteśmy za mali, żeby dać się zapisać w pamięci Terytorium.

















